Ombre...

Zanim zacznę mój wywód na temat obleganego ostatnio „ombre”, przytoczę dowcip, który usłyszałam dość niedawno.
„Przychodzi do fryzjera kobieta z trzema włosami na głowie i mówi:
- Proszę mi zapleść warkocz!
- Ale jak z trzech włosów? – pyta fryzjer.
- Czesz panie, czesz.
Fryzjer czesze włosy, czesze. Wypadł włos, zostały tylko dwa.
Kobieta tak patrzy i mówi:
- To nic, czesz panie koka!
- Ale jak, tak z dwóch włosów?
- Czesz, panie czesz!
Fryzjer czesze włosy, czesze. Wypadł włos, został już tylko jeden.
Kobieta tak patrzy, przegląda się i mówi:
- To nic, pójdę w rozpuszczonych!”.
Jak wiadomo moda się zmienia tak, jak wszystko wokół. Od kilku sezonów króluje „ombre”. Do tej pory dominowały kombinacje z jasnym blondem, tj. u Mariny czy Edyty Górniak. Jednak ostatnio w czasopiśmie „x” pojawił się artykuł wyznaczający całkiem nowy trend, mianowicie „ombre” czarno-czerwone, ale w tak konkretnym wydaniu, iż byłam pewna, że przy kolejnym zdjęciu ujrzę coś błękitno-różowo-zielonego najlepiej z dodatkiem czerwieni…  Fachowcy w owej gazecie zapewniają, że przemiana blondynki w czarną, rudej w blondynkę nie jest żadnym problemem i „WŁOS WAM Z GŁOWY NIE SPADNIE”.
Tragedią jest to, co czasami wpaja nam prasa.
Drogie Panie, mam nadzieję, że jeżeli lubicie się jako blondynki, rude czy brunetki, to takimi pozostaniecie. W przeciwnym razie, za kilka miesięcy pojawi się kolejny boom modowy i jeśli  będziemy narażać na niego nasze włosy, to zostanie nam tylko:
„Iść w rozpuszczonych”.
KK